Nerwica somatyczna
#1
Napisano 12 marzec 2010 - 23:48
Spotkał się ktoś z tym ?
#2
Napisano 13 marzec 2010 - 09:11
Miewam takie trzęsawki, uczucie galarety w brzuchu gdy mam niedobór potasu.
Zycie czasami pisze swój scenariusz, nieważne jakie były plany.
#4
Napisano 13 marzec 2010 - 14:43
#5
Napisano 13 marzec 2010 - 15:15
#6
Napisano 13 marzec 2010 - 16:25
Jest to badanie krwi na oznaczenie poziomu elektrolitów.
Robię je co pół roku i na razie mam kontrolę nad tymi sensacjami.
Zycie czasami pisze swój scenariusz, nieważne jakie były plany.
#7
Napisano 03 październik 2010 - 23:09
#8
Napisano 03 październik 2010 - 23:42
#9
Napisano 04 październik 2010 - 09:39
#10
Napisano 06 październik 2010 - 08:09
#11
Napisano 01 styczeń 2011 - 19:40
Jestem leczona w tej chwili na depresję , ale mam co raz czesciej objawy somatyczne w momencie duzego stresu.
Jakby ktoś mógł cos więcej napisac o chorobie , objawach i leczeniu to będę wdzięczna
#12
Napisano 15 październik 2011 - 23:00
Krótko opowiem moją "historię" i postaram się nie zanudzić Was. Nerwica... pierwszy raz usłyszałem taką diagnozę około 5 lat temu, kiedy poszedłem do lekarza skarżąc się m.in. na chronicznie mokre lub zimne dłonie, duszności, bezsenność, niepokój występujący w zwyczajnych sytuacjach, w których ma się kontakt ludźmi, kołatanie serca itd. Wtedy byłem pewny, że te objawy nie mogą być spowodowane tą chorobą, dlatego robiłem masę badań, żeby znaleźć przyczynę; myślałem...ja i NERWICA? to nie możliwe... po 1,5 może 2 latach kiedy problem był i nie potrafiłem znaleźć pomocy, zdecydowałem się, że pójdę do poleconego psychiatry i coś z tym w końcu zrobię. Tak zaczęło się leczenie antydepresantami i nie tylko. Poprawa samopoczucia była, choć były wzloty i upadki, ale jednak czułem się na tyle dobrze, że mogłem funkcjonować bez większych przeszkód. 3 długie lata leczenia ...W maju tego roku "wyszedłem" zupełnie z leków i znowu wszystko wróciło, może nawet z większą siłą, każdy dzień jest trudny i męczący, w sytuacjach gdzie mam kontakt z ludźmi, czy na uczelni czy w sklepie czuję się napięty, jakbym miał w sobie bombę , która zaraz ma wybuchnąć, myślę tylko o tym, żeby jak najszybciej stamtąd wyjść. Objawy, o których pisałem wcześniej też są, z rąk kapie albo są lodowate, no i te duszności. Przez te kilka miesięcy, kiedy nie jestem na lekach starałem się próbować różnych rzeczy, które mogły by pomóc, chyba najbardziej pomoga dużo ruch albo wysiłek, ale... na krótko, bo góra po kilku godzinach znów wszystko wraca. Tyle o objawach, bo i tak pewnie zanudziłem. Teraz zastanawiam się, czy pójść znów do psychiatry i zacząć branie leków od nowa , z tym że brałem je długi czas, a po odstawieniu to wraca...więc czy to ma sens? jak długo miałbym je brać, może całe życie? Przeraża mnie ta myśl, ale z drugiej strony nie widzę innego wyjścia z sytuacji. Chcę normalnie funkcjonować, a na tą chwilę moje życie to męka, czuję się jak kłębek nerwów a życie ucieka mi przez palce. To by było na tyle, dziękuje wszystkim, którym chciało się to przeczytać i mam nadzieję, że poznam tu osoby z podobnym problemem, z którymi będę mógł zwyczajnie pogadać bez obawy "co ktoś sobie o mnie pomyśli" :-)
pozdrawiam
#13
Napisano 16 październik 2011 - 13:33
Sama przez to przechodziłam. Na początku były leki ale skutek był mizerny.
Trafiłam na dwa mies.do Sanatorium w Mosznej (obecnie CTN).
Zero leków, tylko psychoterapia grupowa, trening autogenny, joga, muzyko i artterapia i inne...
Po tej kuracji przez wiele lat nie potrzebowałam żadnych leków (dopóki nie dopadła mnie depresja).
Doradzam raczej sesje z psychologiem
Leki w przypadku nerwicy maskują jedynie objawy ale nie likwidują przyczyny choroby.
Użytkownik Gika edytował ten post 16 październik 2011 - 13:59
Zycie czasami pisze swój scenariusz, nieważne jakie były plany.
#14
Napisano 16 październik 2011 - 20:36
#15
Napisano 16 październik 2011 - 21:59
Ten koszmar trwał kilka miesięcy zanim trafiłam do Sanatorium.
Z początku przeżyłam szok - mam oddać wszystkie leki które brałam i wyleczyć się samą gadaniną w gronie kilku kuracjuszy i psychologa?!
Okazało się, że można - z początku było ciężko, polało się trochę łez ale zadziałało.
Mam nadzieję, że wiesz na jakiej zasadzie prowadzone są psychoterapie grupowe?
A co wpłynęło na moją poprawę stanu psychicznego?, chyba wszystko to, co wymieniłam w poscie powyżej bo konkretnie sama nie wiem.
Zycie czasami pisze swój scenariusz, nieważne jakie były plany.
#16
Napisano 16 październik 2011 - 23:04
#17
Napisano 17 październik 2011 - 15:31
Lekarz pewnie ma rację. Zauważyłam, że z początku w rozpoznaniu była nerwica somatyczna, potem mieszana - depresyjno lękowa.
Sama depresja, umiejętnie leczona, jest uleczalna i tu prym wiedzie leczenie farmakologiczne.
Kiedy mnie dopadła byłam w takim stanie, że mało brakowało abym przeniosła sie na inny świat.
Mama zmobilizowała rodzinę by mi pomóc, jedne leki, drugie, następne nie działały, zmieniłam lekarza, dopiero on z lekiem trafił w dziesiątkę.
Dochodziłam do siebie bardzo szybko, już po tygodniu widać było poprawę.
Byłam niecierpliwa i za krótko brałam lek (kilka mies. a powinnam conajmniej 1-1,5 roku).
Przez trzy lata czułam się wyśmienicie ale potem zdarzył się nawrót choroby, pierwszy, potem drugi.
Teraz przynajmniej wiem jak postępować aby nie wpaść w piewotny stan.
Pełna mobilizacja: robię rzeczy których nie cierpię - generalne porządki w domu, piwnicy, prasowanie, zakupy. Odwiedzam znajomych, spaceruję z psem - to pomaga ale wymaga wysiłk u bo trzeba się do tego zmuszać.
Jeśli to zawiedzie, pozostają leki i niestety, ten cudowny lek który tak pomógł na początku za drugim razem nie zdał egzaminu
Zycie czasami pisze swój scenariusz, nieważne jakie były plany.
#18
Napisano 18 październik 2011 - 22:01
Z tego też powodu rzuciłem jakiekolwiek leki... i na psychoterapię też już nie chodzę, bo stwierdziłem ze szkoda czasu
Aktualnie jestem na etapie (że pozwolę sobie zacytować Audrey) "sprawdzania ile dam radę wytrzymać".
A że życie mam tylko jedno? I co z tego? I tak jest g... warte, więc nie ma czego żałować
..trzeba przeto cieszyć się światem takim, jakim jest, poszukiwać przyjemności, lecz nie angażować się w nic, nie interweniować, traktować wszystko sceptycznie bądź z przymrużeniem oka. Być widzem, a nie uczestnikiem zdarzeń....
Mój blog
Moja galeria zdjęć
Zapraszam :)
#19
Napisano 19 październik 2011 - 12:52
Gdyby, nie daj Boże, komuś rodzinie, czy zwierzęciu przytrafiło się coś złego, a nawet gdybyś był świadkiem jakiegoś bulwersującego zdarzenia ręczę, że potrafiłbyś się sprężyć do działania - nie myśląc wogóle o sobie, o stanie w jakim się znajdujesz.
Naprawdę stać nas na wiele rzeczy o których boimy się nawet pomyśleć będąc w obecnym stanie - stąd wniosek - możemy wiele, bardzo wiele ale drzemie to w nas gdzieś głęboko, zagłuszone przez strach przed życiem, bezsilnością, beznadzieją...
Dobrze byłoby obudzić te pokłady naszych utajonych możliwości,a przede wszystkim chęci do normalnego życia...
Zycie czasami pisze swój scenariusz, nieważne jakie były plany.
#20
Napisano 19 październik 2011 - 14:59
Co innego dla siebie samego - uważam że po prostu nie warto.
A że aktualnie nie ma za co ginąć, nie mam w sobie tyle zła by próbować podpalić świat wokół mnie, i nie mam tyle frustracji by samemu z tym skończyć, po prostu zaczekam aż system sam się rozsypie.
Optymistycznie myśląc, jako że ostatnio coraz mniej jem i jeszcze mniej śpię, nie będę czekać długo
..trzeba przeto cieszyć się światem takim, jakim jest, poszukiwać przyjemności, lecz nie angażować się w nic, nie interweniować, traktować wszystko sceptycznie bądź z przymrużeniem oka. Być widzem, a nie uczestnikiem zdarzeń....
Mój blog
Moja galeria zdjęć
Zapraszam :)
Pomoc




















